Pablo Software Solutions
 
WSZYSTKO CZEGO POTRZEBUJESZ...
To miłość. Poświęcono jej wiele pięknych myśli. A nie wypowiedziano jeszcze więcej kryjących się za nimi pragnień, tęsknot i oczekiwań. Bo choć każdy chce być kochany, nie każdy w pełni umie kochać. Ale wszyscy możemy próbować.

Denerwują nas czerwone serduszka, irytuje jedzenie ciasta jednym widelczykiem, do wściekłości doprowadza nas przytulanie się nad filiżanką gorącej czekolady - przewrotnie reklamował wieczór walentynkowy jeden z klubów w ubiegłym roku. Można mieć ochotę pogryźć wszystkie serduszka, spalić kiczowate kartki i dostać mdłości od wszechogarniającej czerwieni i różu, ale trudno 14 lutego nie pomyśleć o miłości. Poczuć ciepło w duszy, jeśli należymy do szczęściarzy, którym trafiło się czyste, stukaratowe uczucie. Albo ukłucie w sercu, bo dotąd dostawały nam się tylko kawałki kolorowych szkiełek. Święty Walenty, patron szaleńców, jakimi są zakochani, potrzebuje dużo naszej pomocy, by oczarowanie stało się miłością. Czyli czym?

Otwarte serce

Moda na Zdrowie odpowiada: miłość zaczyna się wtedy, gdy twoje szczęście jest ważniejsze niż moje.  - To piękne zdanie. Oznacza, że drugi człowiek jest dla mnie w sposób szczególny ważny. Co jest w tym wyjątkowego? Że odczuwam z nim głęboką więź, że jego sprawy są dla mnie istotne, że chciałbym, by spotykało go jak najmniej przykrości. W szczególny sposób respektuję jego potrzeby, zwiększam też granice tolerancji na różne jego przywary - komentuje Wiesław Sokoluk, psychoterapeuta i seksuolog. - Ale... To zdanie nie jest jednoznaczne. Kiedy zaczniemy dokładnie się zagłębiać w jego treść, zapytamy o jakie szczęście chodzi, co przez nie ktoś rozumie, to zdanie może okazać się wręcz antytezą miłości. Jeśli miłość zmusza mnie do poświęceń, do czegoś, co przekracza moje własne granice - przestaje być piękna, czysta, a przede wszystkim prawdziwa.

To nie miłość

W zapewnianiu szczęścia drugiej osoby i żądaniu, by ona dbała o nasze, nie możemy zapędzić się za daleko. - Jeśli to jego pomysł na szczęście i ja mam go realizować, czy też troszczyć się nieustannie, żeby on miał się dobrze i żył w błogostanie - to nie jest miłość. Raczej używanie kogoś do spełniania swoich zachcianek. A strona dająca używa siebie, bo np. nie chce być porzucona lub boi się samotności, albo żyje życiem tego, któremu się zaprzedaje - wyjaśnia Wiesław Sokoluk. W miłości nic nie jest jednoznaczne. Bardzo łatwo i niepostrzeżenie zmienia się w swoje zaprzeczenie lub karykaturę. Nikt nie stworzył jej definicji, bo wymyka się ścisłym wzorom, i filozofom, i psychologom. Dlatego pytając samych siebie: czy moja miłość jest prawdziwa, musimy opierać się na własnej uczciwości i szczerości. Psychologowie radzą, by zadać sobie pytanie: czy dzięki mojej miłości staję się lepszy? Czy uczucie, które żywię lub dostaję sprawia, że mam lepsze i głębsze kontakty z innymi ludźmi, nie tylko z obiektem mojej miłości? Czy bardziej interesuję się tym, co się wokół mnie dzieje, dbam o przyjaciół, rodziców? Mam poczucie, że rosnę, moje życie rozwija się i wznosi? Czy może zamyka do mojego domu, do świata między Ja i Ty? Ważna jest też odpowiedź na pytanie, czy ukochana osoba staje się lepsza dzięki mojej miłości? Czy się rozwija, przeżywa więcej radości niż smutków, staje się bogatsza wewnętrznie, bardziej twórcza, bardziej zadowolona z życia? "Jeśli naprawdę kocham jakąś osobę - kocham wszystkich, kocham świat, kocham życie" - napisał w latach pięćdziesiątych psycholog i filozof Erich Fromm, autor kultowej swego czasu książki "Sztuka miłości". Prawdziwa, głęboka miłość rodzi zawsze więcej dobrego, naprawia błędy i stara się nie krzywdzić.

Głód uczuć

Dzisiejszy świat, pełen walki, pracy, pośpiechu i rywalizacji robi wrażenie nie sprzyjającego miłości. Wielu narzeka, że jest jej mniej niż kiedyś, że ta prawdziwa, głęboka już się nie zdarza, że między ludźmi dominuje uczuciowy handel wymienny. "Automaty nie mogą kochać, mogą jedynie wymieniać swoje osobowe pakiety w przekonaniu, że transakcja będzie uczciwa" - prorokował już dawno Erich Fromm, opisując, jak się zmieniamy pod wpływem koncentracji na pracy, karierze, zdobywaniu dóbr i prestiżu. Czy miłości naprawdę jest mniej? - Czego jest mniej? Ludzie mniej kochają, mniej gwałtownie, są bardziej nastawieni instrumentalnie do siebie niż kiedyś? - precyzuje pytanie Wiesław Sokoluk. - Myślę, że ponieważ potrzeba miłości jest w człowieku, ponieważ jeszcze nie wszyscy szczęśliwie stali się psychopatami, miłość wciąż istnieje. I póki trwa ludzkość, to pewna suma uczuć jest wielkością stałą. Co nie znaczy, że suma szczęścia też jest wielkością stałą. Na pewno trudniej się dziś miłość realizuje, może jest mniej romantycznie. Sposób przeżywania oraz wyrażania miłości wciąż się zmienia. Dziś anachroniczny jest Don Kichot z jego walką o cześć Dulcynei czy miłość romantyczna - zakochana w samej miłości albo młodopolskie uniesienia, rozdmuchujące wszystkie przeżycia i pchające do ekstremalnych przeżyć. Hipisowskie "make love, not war" też pokryło się patyną. Jaka jest miłość epoki informatycznej?

Rachunek serc

Karolina Kuciel, filozof i psycholog, mówi, że dziś miłość jest bardziej świadoma. Ludzie nie łączą się w pary z powodu presji otoczenia lub z obawy przed samotnością. Częściej może niż kiedyś rozstają się, ale nie dlatego, że mniej kochają lub mniej potrzebują miłości (bo tak naprawdę zawsze będziemy jej potrzebować tak samo), ale dlatego, że nie boją się wyrażać niezadowolenia. - Wielu ludzi świadomie rezygnuje z małżeństwa, bo miłość nie trwa dzięki sakramentalnemu TAK, ale przez zaangażowanie i wspólne cele - podkreśla. Ważne jednak, by związku miłosnego nie traktować jak firmy. Nie sprawdzają się w nim techniki negocjacyjne i księgowanie: co daliśmy i co otrzymaliśmy. Ważne są nie szczegółowe rozliczenia - co, kto, komu dał - tylko ogólny bilans. Dopóki na pytania: Czy jest mi dobrze z tym człowiekiem? Czy ogólny ocena mojego związku jest dodatnia? - obydwie odpowiedzi są twierdzące, to miłość ma się dobrze.

Niedokochani

Są ludzie, dla których zawsze miłości będzie za mało. To ci, którzy nie dostali jej wtedy, gdy była najbardziej potrzebna: w pierwszych 12-18 miesiącach życia. - Wtedy napełnia się uczuciowy akumulator. Choć nie jesteśmy jeszcze świadomi swoich potrzeb, nie umiemy dobrze mówić i rozeznać się w swoich uczuciach, uczymy się, otrzymując ją od matki lub innych, ważnych osób w tym okresie. Jeśli tego zabraknie, mamy kłopot - wyjaśnia Wiesław Sokoluk. Osoby niedokochane w tym pierwszym, kluczowym okresie dzieciństwa są potem jak worek bez dna. Mają ogromy głód miłości i wielkie oczekiwania. Ale nie wiedzą, co to znaczy kochać i być kochanym, bo się tego nie nauczyły.

Roztopić lód

Związki często nie przynoszą im satysfakcji. Wielokrotnie zmieniają obiekty w nadziei, że kolejna osoba da im wreszcie to, czego pragną - bezwarunkową i wszechogarniającą miłość. Albo rezygnują, zamykając się w sobie, by nie otwierać wciąż tej samej rany. Dla takich ludzi ważne jest, by zdali sobie sprawę, że nikt nie da im takiej miłości, jakiej pragną. Bo bezwarunkowo kocha tylko matka. Tylko jej miłość należy nam się z samego faktu, że istniejmy. W związkach erotycznych, przyjacielskich czy nawet braterskich dostajemy tyle miłości, ile ktoś nam chce dać, takiej, jaką jest w stanie nam ofiarować. Musimy się też liczyć z tym, że może nam odmówić. Osobom z deficytem miłości bardzo trudno odmowę przyjąć. Kluczowe jest nauczenie się, że ktoś odmawia miłości dlatego, że nie może nas pokochać, a nie dlatego, że nam czegoś brakuje. Czy można się nauczyć miłości mimo istnienia wyrwy w naszym świecie uczuciowym? Psychologowie i duchowni mówią, że tak, choć to niełatwe. Pierwszym krokiem jest nauka wyrażania ciepłych uczuć. Powolne rozgrzewanie zmarzniętego serca. Czasem warto zdecydować się na pracę z psychoterapeutą.


Autor: Anna Ławniczak


Artykuł zamieszczony w numerze 3/2012 "Mody na Zdrowie"
Copyright 2008-2012  by  Apteka Modrzewiowa
Polityka prywatności
Powrót